Wolski zdecydował o swojej przyszłości

Wobec naszej nadziei na EURO 2012 z dnia na dzień rosną nie tylko oczekiwania. Rośnie też cena, jaką trzeba za Rafała Wolskiego zapłacić. Choć on deklaruje, że w przyszłym sezonie nadal chce grać przy Łazienkowskiej.

 

Gdyby bajka o Kopciuszku opowiadała o losach młodego chłopaka, Rafał Wolski spokojnie mógłby zostać jej bohaterem. Cichy, skromny, kiedy zaczyna mówić, wygląda, jakby nie jadł od kilku dni. Ten 19-latek o dziecięcej twarzy (przez najbliższych wciąż nazywany Rafałkiem) i wielkich umiejętnościach technicznych to niewątpliwie nasza wielka nadzieja na EURO 2012. Jeśli któryś z biało-czerwonych może stać się objawieniem czerwcowego turnieju, to właśnie on.

 

Borussia Dortmund bez powodu nie chce wydawać kilku milionów euro na zawodnika, który zagrał dopiero 25 meczów w niezbyt silnej polskiej ekstraklasie. – Ale w tej chwili dużo bliżej mi do pozostania w Legii. Muszę porozmawiać i w klubie, i z najbliższymi na temat propozycji z Dortmundu. Mówi się o pięciu, sześciu milionach euro, a za rok może będzie siedem. Teraz celem jest EURO, a nie transfer – deklaruje Wolski.

 

Furora, jaką zrobił w minionym sezonie ekstraklasy, kiedy w pewnym momencie stał się największym atutem walczącej o mistrzostwo Legii, otworzyła mu drzwi do kadry. Ale należy pamiętać, że Wolski dopiero przed EURO po raz pierwszy pojawił się na zgrupowaniu reprezentacji. Jednak wystarczyło kilka treningów, dwa mecze sparingowe, aby trener Franciszek Smuda zaczął cmokać z zachwytu.

 

– Zwracał się do mnie: „Rafałku". Jak udało mi się jakieś zagranie, słyszałem od pana trenera: „Brawo, brawo". Taka pozytywna motywacja – opowiada.

 

Nie mój problem

 

Z miejsca stał się ulubieńcem selekcjonera, a przez to obiektem docinek ze strony pozostałych kadrowiczów. – Chyba był ze mnie zadowolony, choć wprost tego nie powiedział. Ja też uważam, że jak na pierwszy raz nie było źle. Jednak jak ktoś myśli, że miałem jakąś taryfę ulgową, to się grubo myli. Nic z tych rzeczy, jak trzeba było nosić piłki, łapałem worek i maszerowałem do szatni – dodaje. I nie ukrywa, że wciąż jest pod dużym wrażeniem tych kilkunastu dni spędzonych w towarzystwie najlepszych polskich piłkarzy.

 

– Co mnie najbardziej uderzyło? Zaangażowanie. Każdy z nas zasuwał, ile tylko miał sił. W klubie, zapewne nie tylko w moim, różnie z tym bywa. To różnica pomiędzy Polską, a drużynami z Zachodu. Na pewno to problem, choć oczywiście nie mój – uśmiecha się Wolski.

 

Nigdy nie złożę broni

 

Choć początki nie były łatwe. Na obozie regeneracyjnym w Turcji praktycznie nie wychodził z hotelowego pokoju. Robił to tylko wtedy, kiedy musiał. – Pojechałem sam, inni byli z rodzinami. Prawie nikogo nie znałem, więc nie wypadało się narzucać. Do nikogo nie będę się doczepiał. Nie jestem takim typem człowieka – opowiada.

 

Kiedy kadra była w komplecie i rozpoczęła przygotowania w Lienz, Wolski pokazał, że nie tylko nie odstaje od pozostałych reprezentantów, ale niektórych nawet przewyższa umiejętnościami.

 

– Nikt nie dał mi odczuć, że jestem nowy i młody. Nikt nie stanął i nie powiedział: „Idź stąd, małolat, i się nie wtrącaj". Wręcz przeciwnie, kiedy chciałem pogadać, nie było problemów – mówi.

 

I z zawodnika, którego wielu typowało do miejsca w trójce odrzuconych, stał się naszą nadzieją. – Nigdy nie złożyłem broni. Wiedziałem, że powołanie do szerokiej kadry to dopiero początek. Owszem, jadąc na zgrupowanie, mogłem sobie założyć, że zostanę odstrzelony, ale wtedy jaki sens miałby ten mój wyjazd? Żadnego. Nigdy tak nie pomyślałem, bo jestem urodzonym optymistą –  dodaje.

 

Ma to coś, co charakteryzuje najlepszych. Lekkość i niesamowitą umiejętność panowania nad piłką. Dziś coraz więcej osób zaczyna coraz głośniej mówić, że EURO 2012 dla Wolskiego to wcale nie czas na naukę, ale poważne granie. Jeśli nie w wyjściowej jedenastce, to jako pierwszy wchodzący.

 

– Jestem ambitny, na pytanie, czy jestem gotowy do gry, zawsze odpowiem: tak. Jednak do życia podchodzę realnie, dlatego nie zakładam, że dostanę od trenera Smudy szansę w podstawowym składzie. Jednak tego, że pozwoli mi grać, jestem pewien. I nie zawiodę – deklaruje 19-latek.

 

Pytany kiedyś, czy dałby radę w Barcelonie, powiedział, że tak. Dostał za to w Legii po głowie. Sam potem tych słów żałował, bo sugerowały, że mu odbiło, ale ktoś ocenił go niesprawiedliwie i pomylił sodówkę z pewnością siebie, która charakteryzuje najlepszych.

 

– Ja naprawdę czuję, że na EURO 2012 mogę osiągnąć coś wielkiego. Myślę o tym coraz śmielej. Co mogę dać reprezentacji? Lekkość i swobodę w grze. Ze mną w składzie będzie o wiele młodsza – twierdzi z przekąsem.

 

O czym by z nim nie rozmawiać, zawsze trzeba wrócić do zainteresowania nie tylko Borussii, ale i innych klubów. Dziś o Wolskim wiedzą już w całej Europie, umieszczono go ostatnio na liście piłkarzy, którzy na EURO mogą oczarować.

 

– Wielu kolegów pytało mnie o wyjazd do Dortmundu. Rady były różne, jedni mówili, żebym jechał, inni, bym został jeszcze rok. Skłaniam się raczej ku tej drugiej opcji. Najważniejsze, żebym nie dał się zwariować. Zawsze chciałem i nadal chcę pozostać zwykłym chłopakiem z Głowaczowa. To takie marzenie, ale wiem, że w dzisiejszych czasach szansa na to, że się spełni, jest niewielka – przyznaje.

 

W głowie się nie gotuje

 

Przy Łazienkowskiej też próbowano go chronić przed popularnością. Wiosną trener Maciej Skorża zabronił mu nawet udzielać wywiadów, żeby – jak mówił – „Wolak nie odleciał".

 

– Ale mnie to nie grozi. Zawsze to powtarzałem i nic się w tym temacie nie zmieniło. Jak studzę sobie głowę? Nie studzę, bo mi się w niej po prostu nie gotuje – tłumaczy.

 

Pod koniec sezonu obniżył loty na skutek bolesnej kontuzji pięty. Dziś na szczęście ze zdrowiem już wszystko w porządku. – Przez dwa tygodnie nic mnie nie bolało, a to znaczy, że jest dobrze. Znowu mogę cieszyć się grą – mówi.

 

Koszulkę z debiutu w narodowych barwach (z meczu z Łotwą 1:0) już przekazał tacie, Krzysztofowi. Zapewne zawiśnie ona w gablocie szkoły, której ojciec piłkarza jest dyrektorem. To ma być dopiero początek piłkarskich pamiątek Rafała.

 

 

ADAM DAWIDZIUK

Przegladsportowy.pl