Platini: Euro 2012 także w Niemczech...
Platini: Euro 2012 także w Niemczech - to była jedna z opcji.
Prezydent UEFA Michel Platini o ukróceniu finansowych ekscesów wiodących europejskich klubów piłkarskich oraz o problemach Ukrainy z budową stadionów na Euro 2012.
Spiegel: Panie Platini, jakie są szanse, że w 1 czerwca przyszłego roku w Kijowie przekaże Pan puchar zwycięzcy w mistrzostwach Europy Niemcom?
Platini: Duże. Niemcy mają silną drużynę, Niemiecki Związek Piłki Nożnej wykonał w ostatnich latach dobrą robotę, szkoląc młodych zawodników. W tej dziedzinie Niemcy nauczyli się także sporo od Francuzów.
Po przegranych półfinałach podczas mistrzostw świata w 1982 roku w Hiszpanii był Pan podobno gotów zabić każdego Niemca…
Nigdy tak nie powiedziałem.
Ale pomyślał Pan?
Tylko bezpośrednio po tym dramatycznym meczu i brutalnym faulu na naszym zawodniku. Znacznie chętniej pozbawiłbym wtedy życia wszystkich Holendrów – w końcu sędzia pochodził właśnie z tego kraju. Ale to tylko takie gadanie, może być Pan spokojny.
Jako prezes europejskiej organizacji piłkarskiej dziś pewnie bardziej denerwuje się Pan z powodu organizacyjnych niedociągnięć. Czy wszystko w Polsce i na Ukrainie będzie funkcjonować jak trzeba w czasie ME?
Infrastruktura jest już gotowa. To było rzeczywiście dość trudne wyzwanie. Teraz na miejscu potrzebni są zagraniczni eksperci i pomoc ze strony UEFA. Problemy są, ale mało znaczące: niegotowe jeszcze lotnisko czy nieprzygotowany system transportu autobusowego. Z każdym dniem jestem coraz mniej zaniepokojony.
Czy rzeczywiście brano pod uwagę opcję rozegrania kilku meczów w Niemczech zamiast, jak planowano, na Ukrainie?
To była jedna z wielu opcji. Zwłaszcza że Polska w żadnym razie nie dałaby rady przejąć dodatkowych rozgrywek. Jeszcze do niedawna pozostawało niewiadomą, czy Ukraina będzie dysponować dwoma czy czterema nowymi stadionami.
Od kiedy wiadomo, że Ukraina jest w stanie spełnić warunki?
Dopiero od dwóch miesięcy.
Jak nikt inny forsuje Pan projekt tzw. Financial Fair Play. Zgodnie z jego założeniami, w Europie ma zniknąć problem dopingu finansowego, możliwego dzięki wsparciu oligarchów, szachów i innych inwestorów. Czy to pomoże FC Bayern Monachium zdobyć w przyszłości Ligę Mistrzów?
Nie wiem. Zależy nam po prostu na zastosowaniu sprawiedliwych zasad dla wszystkich. Kluby powinny pokrywać wydatki ze swoich przychodów, za wyjątkiem wydatków na infrastrukturę i szkolenia młodzieży. Chcemy te zasady wprowadzać stopniowo – po raz pierwszy od objęcia przeze mnie funkcji prezesa w 2007 roku wszyscy są w tej kwestii zgodni: politycy, organizacje krajowe, także kluby.
Od tego sezonu finanse klubów podlegają kontroli UEFA. W ciągu najbliższych dwóch lat każdy z nich może mieć co najwyżej 45 milionów euro straty…
…dokładnie, a potem stopniowo coraz mniej.
Wierzy pan, że kluby, które dotychczas korzystały z hojności bogatych właścicieli i sponsorów, sprostają tym oczekiwaniom?
Od dwóch lat wszyscy znają zasady. Mieli więc czas, by się dostosować.
Manchester City miał ostatnio 140 mln euro straty, FC Chelsea ponad 80 mln. Nawet takiemu klubowi jak TSG Hoffenheim będzie trudno dostosować się do nowych zasad – ostatnio długi w wysokości 30 mln spłacił jego właściciel i mecenas Dietmar Hopp.
Wiem, wiem. My to wiemy, ale kluby też to wiedzą. Nawet Amerykanie, którzy zainwestowali ostatnio w FC Liverpool, wiedzieli, że niedługo zostanie wprowadzony program Financial Fair Play. Stwierdzili, że to dla nich dodatkowy powód, by zainwestować w futbol.
Katarski inwestor przejął latem większość w paryskim klubie Saint Germain i wydał na zakup nowych zawodników prawie 90 mln euro. Ci ludzie wierzą nadal, że sukces w sporcie można kupić. Być może dlatego, że pański program fair play nie przewiduje konkretnych kar?
Nie chodzi o to, by zniszczyć kluby, my chcemy im pomóc. Została przewidziana pewna skala możliwych sankcji, od kary finansowej poprzez zakaz kupowania nowych zawodników, aż po wykluczenie klubu z rozgrywek.
Kluby będą szukać możliwości ominięcia tych regulacji. Manchester City ma otrzymać zawrotną sumę 400 mln funtów, rzekomo na promocję na okres 10 lat, od państwowych linii lotniczych Abu Dhabi – ta firma jest zarządzana przez przyrodniego brata właściciela klubu. Czy to nie jest ukryty sponsoring?
Również takie przypadki będą podlegały kontroli. Powołaliśmy specjalną komisję ekspercką, która ma ustalić, jakie rodzaje sponsoringu i w jakim wymiarze są zgodne z zasadami rynkowymi. Następnie zdecydujemy, czy zostanie to zakwalifikowane jako zysk, czy też nie. Zdajemy sobie sprawę, że realizacja tego programu nie będzie łatwa, a już z całą pewnością daleka od perfekcji zwłaszcza na początkowym etapie. Ale polityczna wola, by taki program rozpocząć, jest.
Czy widać już gdzieś zmiany?
Kluby, które nie uruchomiły wysokich wydatków transferowych i nie wygrywają meczów, mówią: "To Platini jest temu winny". I to jest nowość.
Europejski Trybunał Sprawiedliwości zabronił ligom krajowym sprzedaży praw do telewizyjnych transmisji meczów wyłącznie w ich krajach. Dotychczas prawa do transmisji również w Lidze Mistrzów były sprzedawane oddzielnie dla każdego kraju. Czy UEFA zmieni teraz zasady dysponowania tymi prawami?
Nie wydaje mi się, aby ta decyzja ETS radykalnie zmieniła sposób rozdzielania praw telewizyjnych UEFA. Staramy się zagwarantować publiczności maksymalny dostęp do naszych rozgrywek. Będziemy nad tym jeszcze pracować w ramach obowiązującego w Unii Europejskiej prawa.
Na rozpatrzenie czeka przed sądem także sprawa szwajcarskiego klubu pierwszoligowego FC Sion, który ostatnio spędza Panu sen z powiek…
…jak i wiele innych klubów.
Zgodnie z decyzją sądu okręgowego w szwajcarskim kantonie Vaud, Sion może brać udział w rozgrywkach ligi europejskiej, chociaż został z nich wykluczony. UEFA nie chce tej decyzji uznać. Dlaczego ignoruje pan nakaz sądu?
To pytanie zada mi 19 października prokurator, więc nie chcę teraz uprzedzać wydarzeń. Dla mnie sprawa jest prosta: klub nie zastosował się do zakazu transferów, który FIFA na niego nałożyła z powodu namawiania do złamania umowy podczas zakupu bramkarza. Sion, mimo zakazu, zatrudnił sześciu nowych zawodników i pozwolił im grać.
Sion twierdzi jednak, że stopniowo już odbył karę zakazu transferów. Dlaczego organizacje sportowe reagują nadmiernie wrażliwie, kiedy indywidualni członkowie kwestionują niezależność sądów sportowych i odwołują się do cywilnych sądów?
Gdyby każdy i zawsze mógł się odwoływać do sądu, byłaby to katastrofa dla sportu. Proszę sobie wyobrazić następującą sytuację: zawodnik dostaje czerwoną kartkę i skarży się sędziemu w sądzie cywilnym, że sędzia i klub piłkarski uniemożliwiają mu pracę. Zakaz pracy! Jeśli do tego dojdzie, wszyscy możemy dać sobie spokój z tym naszym sportem.
Czy właśnie dlatego przypadek Sionu jest tak ważny?
Jeśli zapadnie wyrok sądowy zezwalający tym sześciu zdyskwalifikowanym zawodnikom na powrót na boisko, to będzie katastrofa. Koniec futbolu.
Grał Pan w piłkę, kiedy jeszcze ten sport nie był globalnym biznesem. Czy dziś znowu chętnie wybiegłby Pan na murawę?
Raczej nie. Za moich czasów grało się, ponieważ to sprawiało przyjemność. Ja sam trafiłem do profesjonalnego klubu AS Nancy w wieku lat 17. Teraz mając 10-11 lat zmienia się klub na profesjonalny. Gdybym w wieku lat 10 miał wyjechać zagranicę, prawdopodobnie byłbym nieszczęśliwy i dałbym sobie spokój z piłką nożną.
Czy zostanie Pan spadkobiercą Josepha Blattera, kiedy ten w 2015 roku przestanie być przewodniczącym FIFA?
Nie wiem. Jako prezydentowi UEFA zależy mi jednak na tym, aby to Europejczyk stanął na szczycie tej światowej organizacji. Czy to będę ja, czy ktoś inny, zobaczymy.
Mówi się, że bierze Pan lekcje angielskiego.
Ale nie z powodu FIFA. UEFA ma 53 organizacje członkowskie, muszę więc przemawiać również w tym języku. Przed pięcioma laty uczęszczałem na kursy, teraz znowu mam ochotę, by nauczyć się więcej. Kiedy Japończycy mówią po angielsku, łatwo ich zrozumieć, ale zrozumieć Brytyjczyków – to dopiero wyzwanie.
Joerg Kramer, Michael Wulzinger
Onet.pl / Der Spiegel














