Snajper jak z bajki
To będzie nowy Marco van Basten – piali z zachwytu eksperci futbolu w Polsce po pierwszych meczach Roberta Lewandowskiego w Lechu Poznań. Chociaż czytano te słowa z przymrużeniem oka, a nawet lekko się podśmiewano, to teraz trzeba przyznać, że kariera urodzonego w Warszawie zawodnika rozwija się w zawrotnym tempie.
Jeszcze trzy lata temu biegał po drugoligowych boiskach Znicza Pruszków. Dziś jest mistrzem Niemiec i gra z Borussią Dortmund w Lidze Mistrzów. Stanowi też o sile reprezentacji Franciszka Smudy. Mawia się nie bez kozery, że to pierwsza strzelba selekcjonera. – Chcę nie tylko zdobywać bramki, ale i brać na siebie ciężar gry. Jestem już doświadczonym zawodnikiem. Mam nadzieję, że niedługo nasza reprezentacja zacznie osiągać sukcesy i nie będziemy się nikogo bali – zapowiada w szczerej rozmowie z "Magazynem Futbol" 23-letni Robert Lewandowski.
Kiedy byłeś małym chłopcem, to lubiłeś, gdy mama czytała Ci bajki?
Nigdy tego nie robiła. Jeżeli już czytałem książki, to tylko z babcią.
Miałeś jakąś jedną, ulubioną bajkę?
Nie. Babcia czytała mi na dobranoc, szybko zasypiałem, więc chyba za tym nie przepadałem.
Patrząc na trzy ostatnie lata Twojego życia, można śmiało stwierdzić, że były niczym piękna bajka. O królewiczu Robercie, który wspiął się na szczyt: od drugiej ligi polskiej, przez transfer do Lecha Poznań, debiut w ekstraklasie, koronę króla strzelców, mistrzostwo Polski, mecze w europejskich pucharach, grę w reprezentacji, po transfer do Borussii Dortmund, mistrzostwo Niemiec, awans do Ligi Mistrzów. Uff…
Rzeczywiście, trochę tych trofeów zdobyłem. Bardzo się cieszę, ale czy ja wiem, czy to była bajka? Nie, raczej mocno stąpam po ziemi. W Polsce osiągnąłem już praktycznie wszystko. Zarówno indywidualnie, jak i drużynowo. Najpierw zostałem uznany odkryciem ligi, potem jej najlepszym zawodnikiem, królem strzelców. Z Lechem zdobyłem mistrzostwo, Puchar Polski i Superpuchar. Graliśmy w europejskich pucharach. Latem ubiegłego roku przyszedłem do Borussii Dortmund i od razu w pierwszym sezonie w Bundeslidze sięgnąłem po tytuł, awansowałem z klubem do Ligi Mistrzów. Szkoda tylko, że nie udało nam się zdobyć Superpucharu, przegraliśmy rzutami karnymi z Schalke Gelsenkirchen. Jednak to trofeum jest w Niemczech mniej prestiżowe. Liczy się przede wszystkim liga.
Zachwytom nad grą BVB nie było końca. Nie masz czasem wrażenia, że to tylko sen? Nie prosisz dziewczyny, aby Ciebie uszczypnęła?
Nie, bo ja ciężko na te sukcesy pracuję. Każdego dnia na treningach, a jeszcze dużo ćwiczę indywidualnie. Wiem, że bez wysiłku, nic nie osiągnę. Sukcesy same nie przyjdą. Nie można osiąść na lurach, bo wtedy stanie się w miejscu. A ja tego nie chcę.
Kiedy wyjeżdżałeś rok temu z Polski, to wiele osób twierdziło, że robisz tak zbyt szybko, że powinieneś jeszcze pograć w ekstraklasie. Dzisiaj pewnie śmiejesz się z tych opinii?
Gdybym został w Polsce, to mógłbym już nie iść do przodu, a wręcz przeciwnie – zostać w miejscu lub cofać się. To byłoby najgorsze dla mojego rozwoju. A tak poszedłem do Borussii, zobaczyłem, jak wygląda prawdziwa piłka, gram w nią teraz na co dzień. Zdobyłem mistrzostwo Niemiec, Dortmund czekał na nie dziewięć lat. Występuję w Lidze Mistrzów, którą wcześniej oglądałem w telewizji. Jednak mimo tego, że już coś udało się osiągnąć, to chcę jeszcze więcej, rozwijać się, być lepszym piłkarzem, sięgać po coraz to większe laury. Taki jest mój cel.
Spodziewałeś się, że ubiegły sezon w BVB będzie aż tak udany? Niewielu fachowców na Was stawiało.
Na pewno nie byliśmy faworytem, ale pokazaliśmy klasę. Cały rok był szalony, graliśmy efektownie i efektywnie, prezentowaliśmy zdecydowanie najlepszą piłkę w Niemczech. Ja, Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek pokazaliśmy, że Polak też potrafi. Ciągnęliśmy grę dobrego zagranicznego klubu. Może dzięki temu do Niemiec latem znowu trafiło kilku zawodników z ekstraklasy? Mam nadzieję, że teraz coraz chętniej będą sięgali po Polaków.
Który moment poprzedniego sezonu był dla Ciebie najtrudniejszy?
Wydaje się, że bardzo ważną chwilą było strzelenie bramki, którą zdobyłem z głowy na 1:1 w wyjazdowym meczu z Freiburgiem. Była 75. minuta, potem trafiliśmy jeszcze raz do siatki, wygraliśmy. Dzięki temu jeszcze bardziej uwierzyliśmy w siebie. Wcześniej co prawda też zwyciężaliśmy, ale ciągle goniło nas Mainz. Gdybyśmy nie podnieśli się z tego 0:1 z Freiburgiem, to nasza przewaga mogłaby stopnieć. A tak zaczęliśmy grać pewniej, jeszcze lepiej i nie pozwoliliśmy się już dogonić.
Kto był najtrudniejszym rywalem do pokonania?
W Bundeslidzie nie ma słabych drużyn, wszyscy są mocni. Czasem tylko paradoksalnie ciężej o punkty z tymi teoretycznie słabszymi, niż z zespołami z czołówki.
W Polsce narzekano, że w ubiegłym sezonie grałeś mało w BVB, ale to jakaś kompletna bzdura, bo wystąpiłeś w 33 spotkaniach, zdobyłeś 8 goli, zaliczyłeś 3 asysty.
Dokładnie, jesienią może jeszcze nie grałem zbyt często w pierwszym składzie, ale wiosną to wystąpiłem już praktycznie we wszystkich meczach. Przypomnę, że to był mój pierwszy sezon w Bundeslidze, pierwsze doświadczenie z prawdziwą piłką. Musiałem się przystosować i chyba nawet szybko mnie się to udało. Zdobyłem kilka bramek i mam nadzieję, że będę to teraz robił jeszcze częściej, jeszcze regularniej.
magazynfutbol.pl














