"Super Express": - Na czym konkretnie będzie polegała pańska rola jako ambasadora EURO?
Zbigniew Boniek: - To funkcja reprezentacyjna. Będę się pojawiał na różnych imprezach promujących EURO w Polsce. Proszę was jednak, abyście nie wyolbrzymiali mojej roli przy okazji EURO.
Pełniąc tę funkcję, będzie się pan stykał z ludźmi z PZPN, a nie jest pan tam szczególnie kochany...
Myśli pan o Grześku Lacie? No cóż, mamy inny punkt widzenia na różne sprawy, ale to nie zmienia faktu, że to mój kolega z drużyny. Wiele bramek strzeliłem po jego podaniach, on też trafiał po moich. Tego nie zapomnę. A pozostałe towarzystwo? Jeśli mnie nie lubią, to jest to dla mnie nawet powód do dumy. Słyszałem, że niektórzy z nich dużo zrobili, abym nie został ambasadorem EURO. Ale zostawmy to już. To nie moja bajka.
Już w niedzielę losowanie, zjedzie do nas cała piłkarska Europa. Co można "ugrać" na organizacji takiej imprezy?
Bardzo dużo. Dla wielu ludzi, którzy będą mieli do czynienia z EURO, to pierwsza wizyta w Polsce. Gdyby pan poleciał do jakiegoś kraju na 24 godziny, ładnie by pana przywitali na lotnisku, odwieźli, przywieźli, wszystko zorganizowali, to co by pan powiedział?
...że fajnie w tym kraju.
No właśnie. Chodzi o to, aby wszyscy goście losowania mogli to samo powiedzieć o Polsce.
Będzie pan jednym z losujących składy grup. Bezpośrednią transmisję z losowania zapowiedziało prawie 100 krajów. Będzie dreszczyk emocji, serce zabije mocniej?
Emocje i bicie serca to u mnie wciąż wzbudza "Kapitan Kloss" czy "Czterej pancerni i pies". Na losowaniu może i adrenalina skoczy, ale nieznacznie. Bo wiem, że nic zaskakującego się nie wydarzy. Wylosować trzeba. A czy to zrobi sierotka Marysia, czy Boniek, to nie ma znaczenia.
Jest pan w bliskich relacjach z Michelem Platinim, prezydentem UEFA. Tak szczerze - martwi się pan, czy damy radę dobrze zorganizować EURO?
Mam kilku bliskich przyjaciół, do których mogę zadzwonić w każdej chwili. Michel jest jednym z nich. Rozmawiałem z nim ostatnio kilkanaście razy. Czy się martwi? Nie, dlaczego miałby się o nas martwić? My, Polacy, w decydujących chwilach potrafimy się sprężyć. Nie musimy być gorsi niż Austriacy, którzy współorganizowali poprzednie EURO. Byłem tam na meczu w Klagenfurcie i żeby wejść na trybuny, musiałem najpierw zaparkować w czymś, co przypominało pole ryżowe. A sam stadion skręcili na EURO, a potem rozkręcili. U nas naprawdę może być lepiej. Skończmy z tymi polskimi kompleksami.
Super Express